Masthead header

archiwum kategorii: O Fotografie

Fotografuję od 8 roku życia… Nie mogę żyć bez aparatu… Zabieram aparat wszędzie… Od zawsze wiedziałem że będę fotografem…Naczytaliście się pewnie już tych komunałów;) Ja Wam napiszę prawdę, czyli jak Wojtek został fotografem ślubnym… Pewnie tak miało się stać, ale droga ku temu była długa i niejednokrotnie wyboista. Napiszę Wam tez skąd jestem, gdzie pracuję i jeszcze kilka mniej lub bardziej interesujących faktów. Ale od początku…

Na początku byli oczywiście rodzice a z dzieciństwa pamiętam łazienkę zamykaną na kilka godzin bo Tato wywoływał zdjęcia. Dzięki temu mamy w rodzinnym archiwum takie kwiatki których przez lata młodzieńcze się wstydziłem poniekąd, a teraz doceniam szczerze. Pasji do fotografii jednak nie dziedziczy się po rodzicach i tak też było w moim przypadku. Przez okres nastoletni raczej mnie to nie interesowało. Nie bardzo wiedziałem też co chcę robić w życiu, jak większość małolatów w tamtych czasach. Więc poszedłem na Pedagogikę na Uniwersytet Opolski- dziś pewnie wybrałbym Organizację i Zarządzanie;) Traf chciał że był to ostatni rok naboru na pedagogikę kulturalno-oświatową, więc zostałem jednym z ostatnich dyplomowanych KO-wców, i w dodatku jestem z Kluczborka (konotacje z filmem Rejs przypadkowe;) Co więcej zdecydowałem się na specjalizację fotograficzno-filmową, ale też jeszcze nie z miłości do fotografii tylko raczej z pragmatyzmu- wiedziałem że przeleci to bezboleśnie i bez większego nakładu pracy z mojej strony. Dzięki tej specjalizacji liznąłem jednak ciemnię fotograficzną i zdobyłem podstawy które dziś są dostępne raczej tylko w książkach. I co dalej? Tutaj potrzebne byłoby trochę tło historyczne bowiem były to czasy wielkich przemian, wielkich nadziei, raczkującego kapitalizmu- czyli lata 90-te. Zdecydowałem się zostać przedsiębiorcą- z różnym skutkiem  prowadziłem sam lub z przyjaciółmi kilka przedsięwzięć. Był też epizod pracy za oceanem, jednak czasy były raczej marzycielskie niż pragmatyczne, więc wróciłem. Później pewne zawirowania osobiste sprawiły że musiałem na nowo zdefiniować siebie i to co chcę robić w życiu, a tak się zdarzyło że był to rok 1997 i pamiętna powódź która nawiedziła Opole. A  jak woda opadła to, nie pamiętam już jak , ale trafiłem z zakasanymi rękawami do Fundacji „Dom Rodzinnej Rehabilitacji Dzieci z Porażeniem Mózgowym” na opolskim Zaodrzu. Kilka dni wywożenia taczką szlaki/mułu z zalanych wcześniej piwnic pamietam dobrze do dziś- takich zakwasów po  robocie nie miałem nigdy w życiu. A jako że wierzę że nic w życiu nie dzieje się przypadkowo to już z nimi zostałem na czas jakiś- jako sprzątacz po powodzi, później jako wolontariusz. „Wsiąkłem w temat” na tyle że póżniej zostałem nawet kierownikiem Warsztatów Terapii Zajęciowej na jakiś czas, ale nie rozwijając tematu napiszę Wam tylko że czasem lepiej być wolontariuszem niż kierownikiem… Później był jeszcze epizod nauczycielski w gimnazjum (język angielski) i od tamtej pory jestem gorącym zwolennikiem likwidacji gimnazjów;)

I tutaj pojawia się fotografia… Kolega prowadził z sukcesami zakład fotograficzny w naszym mieście, i zdecydowaliśmy się spróbować z drugim zakładem w Wieluniu. Żeby nie zanudzać napiszę tylko że zakład po kilku chudych latach w końcu się „przyjął”, i do dziś prowadzimy go z bratem ciesząc się zaufaniem klientów (mam nadzieję). Powoli ta fotografia zaczęła mnie pasjonować, ale na dobre mnie „wzięło” dopiero jak odkryłem fotografię ślubną w nowoczesnym wydaniu. Trafiłem przez przypadek na amerykańskie forum fotografów ślubnych i zobaczyłem jakie tam jest podejście do tematu. Podobne reportaże widziałem po raz pierwszy- u nas był to okres dominacji video i fotografia była raczej w odwrocie. Jak już ktoś się decydował na sesję to raczej studio/plener, a jak już reportaż to raczej tylko z kościoła… Pamiętam z tego okresu warsztaty na które trafiłem- z Krzysztofem Niesporkiem, napiszę tylko że były to warsztaty ze studyjnej fotografii ślubnej, ale to właśnie u nas się wtedy robiło. A za oceanem… kompletne reporterskie opowieści gdzie świątynia jest tylko jednym z elementów. Skłamałbym pisząc że wiedziałem, ale na pewno miałem nadzieję że ta jakość i to podejście w końcu przyjmie się u nas, a nie było to wcale takie oczywiste wtedy. Ale jak już mnie „wzięło” to nie było odwrotu- dzień zaczynałem od wizyty na forum, chyba byłem tam jedynym Polakiem, czerpałem wiedzę pełnymi garściami. Poziom dyskusji, chęć pomocy, krytyka (ale pozytywna), czasami sprowadzenie na ziemię- jak już człowiek myślał że jest mistrzem świata… Trafiłem także na początek platformy CreativeLive (polecam nie tylko dla fotografów), gdzie na żywo dostępne były warsztaty i zajęcia z uznanymi nazwiskami w branży. Dziś to już uznana firma i jak to w kapitalizmie poszło to bardziej w stronę zarabiania pieniędzy, ale te wspólne początki wspominam bardzo pozytywnie.

A jak to z pasją bywa- zacząłem tą pasją żyć. I to na 100% – nawet śniłem o fotografii… Kiedyś przeżyłem coś podobnego- jak w podstawówce zostałem wędkarzem i w snach widziałem te wszystkie spławiki nurkujące pod wodę. Nie mogłem się doczekać kolejnego reportażu ślubnego, dzień przed ślubem dostawałem rozstroju żołądka, nie mogłem spać, sprawdzałem po kilka razy czy mam wszystko spakowane (aż w końcu zrobiłem sobie listę rzeczy do spakowania ). Podczas ceremonii wzruszam się razem z rodziną, śmieję się że to taka moja wypracowana „metoda Stanisławskiego” w fotografii ślubnej. I tak mi zostało po dzień dzisiejszy, czy jest to uroczystość w małym wiejskim kościółku, czy też Bazylika, czy zaczynamy w bloku czy w wielkiej willi, małe kameralne przyjęcie czy wielkie wesele na kilkaset osób. Nie ma to dla mnie znaczenia bowiem podchodzę do tego wydarzenia tak samo i w zasadzie o to samo chodzi- dwoje ludzi postanawia związać się na całe życie…

Napiszę Wam jeszcze na koniec że jestem szczęściarzem. Nie żebym się chwalił, ale mam super rodzinkę a do tego robię w życiu to co kocham.

I szczęścia także Wam życzę.

M o r e   i n f o